Samotność w Wielkim Mieście
Parę tygodni temu kilka razy odwiedziłem Katowice, miasto w którym spędziłem jednak sporo życia, bo najpierw szkoła średnia, potem studia... Miasto, które w żaden sposób mnie nie skrzywdziło (wręcz przeciwnie), a jednak obce mi, "nie moje". Miasto bez duszy, bez "genius loci".
Tym razem, pojechałem "na niby przyjemną uroczystość", jaką było wręczenie aktu dyplomowania za moją działalność edukacyjną... spóźnionego chyba ze 20 lat (bo taki nieogarnięty jestem i taki nie-przyziemny).
Było miło, Kuratorium Oświaty dobrze i profesjonalnie to zorganizowało. Powinienem się cieszyć, a jednak ogarnął mnie jakiś przedziwny smutek i pustka.
Po uroczystości spacerowałem po mieście szukając zmian, szukając znajomych miejsc. Niektóre kamienice odnowione z zewnątrz, ale po przekroczeniu bramy - syf i smród taki sam, jak 30 lat temu. Przypudrowali jedynie. Galerie handlowe, restauracje. Przechodnie już przeważnie nie mówią po polsku.
![]() |
| Dworzec PKP... nadal w permanentnym remoncie od 3 dekad... |
Poszedłem na ulicę Słowackiego, zobaczyć znajomy warsztat zegarmistrzowski (przypomniał mi się Wokulski). No i liceum (z Izabelą Łęcką)...
Warsztatu już nie było, znajomych pubów również nie. Wszystko znika, wszystko się zmienia. Pozostał jedynie mały sklepik z pasmanterią (szacunek za przetrwanie!).
Poczucie pustki wzmagało się z każdą chwilą. Nie było to moje miasto, byłem dla tego miasta obojętny, a i one było mi obojętne. Mijałem kolejne budynki, kolejnych ludzi... jak nic nie znaczące dekoracje. Wszyscy nawzajem dla siebie byli nieważni i obcy.
Moim oczom ukazał się nawet poniższy bar "Ministerstwo Samotności". Uśmiechnąłem się po raz pierwszy tego dnia, sam do siebie, trochę ironicznie, trochę ze smutkiem.
Brakowało mi w tym mieście albo ponurej brzydoty i skrajnej dekadencji, jak w Mysłowicach... albo ducha słonecznego socmodernizmu, jak w Tychach.






Komentarze
Prześlij komentarz